Gospodarka i biznes
Kurier Drzewny: Coraz częściej słyszy się, że polskie firmy meblarskie upatrują szansy w eksporcie do Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza w kontekście wojny celnej USA z Chinami. Czy to rzeczywiście dla nas szansa?
Tomasz Wiktorski, B+R Studio: To zależy, jak spojrzymy na tę sytuację. Z jednej strony, rzeczywiście wielu w Polsce postrzegało Stany jako stabilnego partnera – gwaranta spokoju, przewidywalności, a nawet jako swoiste „eldorado” eksportowe. Ale po działaniach Trumpa i polityce celnej USA, ta wizja bardzo się zderzyła z rzeczywistością. Dziś wiemy już, że nie możemy liczyć na żadne preferencje czy sentymenty ze strony Amerykanów. Tam liczy się twardy interes, a nie przyjazne gesty.
KD: A jak wyglądają twarde dane? Jak duży jest dziś eksport mebli z Polski?
TW: W 2024 roku cała wartość eksportu mebli z Polski osiągnęła poziom około 13,7 miliarda euro. Całkowita produkcja sięgnęła w tym czasie około 14,9 miliarda euro, co oznacza, że eksportujemy ogromną część naszej produkcji – ponad 90%. Mówimy oczywiście o meblach, nie o całym przemyśle drzewnym.
Struktura eksportu wygląda następująco: największy udział mają meble tapicerowane i elementy meblowe – te dwie grupy stanowią razem około połowy całego eksportu. Meble do salonu i jadalni to kolejne 21%, a dalej są meble sypialniane, elementy meblowe, materace oraz inne specjalistyczne typy produktów.
KD: Słyszeliśmy, że eksport do Stanów wzrósł ostatnio nawet o jedną czwartą. Czy to się potwierdza?
TW: To zależy, jakie okresy porównujemy. Faktycznie, jeśli zestawimy rok 2019 z 2022, to widzimy znaczący wzrost – z poziomu około 370 mln euro do blisko 530 mln dolarów. To wzrost rzędu 43%. Ale już w 2023 roku nastąpiła korekta – eksport do USA spadł do około 450 mln euro, co oznacza spadek o kilkanaście procent – około 15%. W 2024 roku wzrósł do 476 mln euro, czyli o nieco ponad 6%. To pokazuje, że nie można wyciągać wniosków tylko z dwóch ostatnich lat. Żyjemy w czasach wielkiego rozchwiania – pandemia, wojna, kryzysy logistyczne – to wszystko wpływa na handel międzynarodowy. Dlatego w naszych analizach staramy się patrzeć na dane w ujęciu cztero- lub pięcioletnim, bo tylko tak można dostrzec długoterminowe trendy.
KD: Czy obecna sytuacja – cła na Chiny, wojna celna, geopolityka – to bardziej szansa czy zagrożenie dla naszych producentów?
TW: Jedno i drugie. Z jednej strony, cła nałożone przez USA na towary z Chin mogą sprawić, że pojawi się luka, którą możemy wypełnić. Chiny są ogromnym eksporterem mebli do Stanów, więc ich ograniczenie może otworzyć rynek. Ale z drugiej strony, oznacza to także presję konkurencyjną na rynku europejskim – towary, których Chińczycy nie wyeksportują do USA, trafią do Europy, w tym do Polski. Już dziś widzimy wzrost importu mebli z Chin – tylko 2024 roku był to wzrost o 35%.
To oznacza, że polski producent może coś sprzedać do USA, ale w tym samym czasie musi konkurować u siebie z tanią chińszczyzną. Trzeba to uwzględniać w strategii.
KD: Jakie sygnały płyną od samych producentów?
TW: Spotykamy się z dwoma skrajnymi podejściami. Jedni mówią: „nie ma sensu tam jechać, jest zbyt niepewnie, za duże ryzyko”. Inni wręcz przeciwnie – uważają, że właśnie w tej niepewności kryje się szansa, bo amerykańscy importerzy będą szukać alternatyw i są bardziej otwarci na nowe propozycje.
Sam wybieram się na targi High Point Market i wiem, że wielu polskich producentów będzie tam obecnych z ofertą. Tyle że trzeba się przygotować – naprawdę dobrze.
KD: Czy wystarczy po prostu zaoferować „dobry polski produkt”?
TW: Absolutnie nie. Rynek amerykański rządzi się swoimi prawami. To inny design, inne funkcje, inne proporcje. Europejskie bestsellery rzadko tam działają. Przykład? Polski producent pokazuje niedrogi stolik nocny, który u nas świetnie się sprzedaje. Amerykanie pytają, czy to mebelek dla lalek – bo u nich wszystko jest większe. Takie anegdoty nie są wyjątkami, tylko normą. Kto chce wejść na ten rynek, musi znać jego potrzeby i specyfikę.
Trzeba pamiętać, że sukces w USA osiągają tylko ci, którzy mają coś naprawdę unikalnego – najlepsze wzornictwo, najwyższą jakość, innowację. To nie jest rynek, na którym można ratować firmę, która ma kłopoty w Polsce.
KD: Jak zatem podejść do ekspansji na ten trudny rynek?
TW: Lubię analogię do żeglarstwa. Zarządzanie firmą to jak prowadzenie żaglówki – musisz znać swój zespół i możliwości swojej jednostki, ale też umieć czytać pogodę. A dziś prognozy są wyjątkowo niepewne – raz słońce, raz sztorm. Płynąc w takich warunkach można wygrać i zdobyć przewagę, ale równie dobrze można się wywrócić.
Firmy, które są gotowe na ryzyko, mają kapitał i wiedzę – mogą próbować. Te bardziej ostrożne powinny „trzymać się brzegu” – działać lokalnie, inwestować bezpiecznie, reagować szybko. Bo nie ma dziś prostych recept. Każda firma musi dobrać strategię do swojej pozycji, sił i zasobów.
KD: Dziękuję za rozmowę.






